Niebieska – czyli najlepsza z najlepszych

czwartek
6
Czerwiec 2013

Z Joanną M. Chmielewską rozmawia Dorota Koman

Joanna M. Chmielewska

Dorota Koman: Asiu, zacznę oczywiście od gratulacji. Twoja „Niebieska niedźwiedzica” zwyciężyła w konkursie Empiku „Przecinek i Kropka”. A konkurencja była niezwykle trudna – popularni autorzy: Dorota Gellner („Wścibscy”), Barbara Kosmowska („Dziewczynka z parku”), Agnieszka Tyszka („Zosia z ulicy Kociej”), Wojciech Widłak („Wesoły Ryjek powraca”) – niezwykle mocna dziesiątka wybrana przez jury, spośród której najlepszą książkę roku 2012 dla dzieci w wielu 5–8 lat wybrali jak co roku Czytelnicy. Co czułaś, słysząc werdykt?

Joanna M. Chmielewska: Niedowierzanie,wzruszenie, radość… Nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam, czy też może to wyobraźnia płata mi figle. Ale skoro Kasia Szantyr-Królikowska z wydawnictwa Bajka spojrzała na mnie, wstając z krzesła, to i ja wstałam i poszłam za nią na scenę. Właściwie dopiero następnego dnia oswoiłam się z myślą, że moja „Niebieska niedźwiedzica” wygrała.

DK: Często widywałam łzy wzruszenia w Twoich oczach, pomyślałam więc, że podczas wręczenia poleją się rzęsiście, tymczasem Ty, odbierając nagrodę, nawet zażartowałaś, że trudno będzie zabrać się z tym wielkim czekiem do domu, do Szklarskiej Poręby. Naprawdę bardzo mnie zaskoczyłaś. Tymczasem ja byłam szczerze wzruszona już przy słowach małych recenzentów, że „ta książka pisana jest sercem” (bardzo lubię te filmiki, w których mali czytelnicy przedstawiają każdą z dziesięciu nominowanych książek, często najlepiej ze wszystkich trafiając w sedno). Kilkakrotnie wcześniej mówiłaś, jak dobrze przyjmowana jest „Niebieska niedźwiedzica” podczas spotkań z czytelnikami, jak tworzy się coraz większy krąg jej wielbicieli. I to zadziałało!

JMCh: Ja też miałam łzy w oczach, oglądając film z wypowiedziami dzieci o „Niebieskiej niedźwiedzicy”, zresztą oglądałam go potem jeszcze kilka razy, za każdym razem ze wzruszeniem, bo to jest niezwykłe uczucie, kiedy dowiaduję się, że to, co napisałam, bawi, porusza, zaciekawia. Jest taki moment po skończeniu książki, gdy nic już nie da się zmienić, poprawić, dopisać, a książka zaczyna żyć własnym życiem. Pojawia się niepewność, czy opowieść trafi do odbiorcy i jak zostanie odczytana. W przypadku „Niebieskiej niedźwiedzicy” docierało do mnie dużo pozytywnych  głosów. I to nie tylko od przedszkolaków i dzieci z młodszych klas, do których ją adresowałam. „Moim zdaniem ta książka nie jest tylko dla dzieci, ale i dla nas, młodzieży. Nauczyła mnie, żeby mieć szacunek dla ludzi, którzy wyglądają inaczej, słuchają innej muzyki (…). Nie jest ważne, jaki kto ma kolor skóry, tylko to, co ma w środku” – pisali szóstoklasiści. I jeszcze jeden fragment z maila: „Teraz «Niebieską…» czytają dorośli, wywołuje zaskakujące reakcje, refleksje, pomaga odnajdywać samego siebie”.

DK: Myślę, że każdy wrażliwy człowiek może czasem czuć się jak Azul – to nie tylko kwestia koloru skóry; równie często przeszkadza to, że inaczej myślisz, ale też – jak w przypadku twojej niedźwiedzicy – że jesteś zdolniejsza… Pracując przez wiele lat w  poradni psychologiczno-pedagogicznej jako pedagog, pewnie spotkałaś niejednego takiego „odmieńca”?

JMCh: Oj, niejednego. Spotykałam dzieci, którym trudno było zmieścić się w ramach szkolnych. Ich wiedza wykraczała  poza program, pytania zadawane na lekcji bywały kłopotliwe dla nauczycieli, natomiast pasja zdobywania wiedzy niezrozumiała dla rówieśników. Koledzy uważali ich za kujonów, dziwaków, trzymali dystans. Spotykałam też dzieci z dysleksją, często bardzo zdolne, które nie potrafiły poprawnie pisać i z tego powodu czuły się gorsze. Pamiętam też nieprzeciętnie zdolnego, a przy tym niezwykle wrażliwego chłopca, który uważał, że jest głupi i beznadziejny – to jego słowa; pamiętam, jak ten chłopiec później się zmieniał, jak powoli zaczynał w siebie wierzyć i jak jednocześnie poprawiały się jego oceny w szkole; pamiętam jego radość i radość jego mamy. Prowadząc zajęcia socjoterapeutyczne dla dzieci, miałam okazję widzieć wiele takich przemian.

DK: Tę twoją znajomość psychiki dziecka dostrzegłam, czytając „Poduszkę w różowe słonie” – książkę, którą zadebiutowałaś dla dorosłych czytelników. Ania i Hania – mała, osierocona dziewczynka i dojrzała singielka – dźwigają bardzo złe doświadczenia z dzieciństwa. To w tej książce przeczytałam fragment twojej bajki i namówiłam Cię, byś napisała ją całą. Bajkę o tęsknocie, o poczuciu straty po rozstaniu… „Muszla” ukaże się po wakacjach w wydawnictwie Bajka. Umiałaś w tej książce oddać niezwykle ważną, często niedocenianą rolę, jaką odgrywa książka dla dzieci: „Muszla”, którą Hania czyta Ani, pozwala jej dotrzeć do cierpiącego po śmierci matki, bardzo zamkniętego w sobie dziecka, a dziecku daje szansę nazwać swój problem i otworzyć się. W twoich książkach dzieci (i dzieciństwo dorosłych bohaterów) odgrywają szczególną rolę. A w Twoim życiu?

JMCh: Mam troje dzieci. Ola i Alek właściwie są już dorośli i rzadko bywają w domu.  Najmłodsza, siedmioletnia Julka, bardzo przeżywa rozstania z siostrą i po jej wyjeździe – tak jak bohater „Muszli”, smok Jędrek – próbuje poradzić sobie z tęsknotą, sięgając po muszlę, którą dostała od Oli. Nieraz patrzę na moje dzieci z zadziwieniem; na te starsze, które nie wiadomo kiedy wyrosły z kłótni między sobą (kilka lat temu jedna z takich kłótni podsunęła mi pomysł na „Historię srebrnego talizmanu”) i zaskakują mnie swoją dorosłością, i na tę najmłodszą, która potrafi godzinami bawić się nakrętkami od butelek lub puszkami, wymyślając o nich różne historie, a czasami rzuci jakąś złotą myśl w rodzaju: „Mamo, musisz polubić śnieg,
bo przecież on i tak nie przestanie padać”.

DK: Wspomniałaś o „Historii srebrnego talizmanu”. Wróćmy więc do tej książki i nominowanej przed rokiem do nagrody IBBY „Neski i srebrnego talizmanu”. Skierowane do czytelników w wieku Sandry (zwanej Neską) i Michała, czyli młodszych nastolatków, w ich ulubionej konwencji fantasy (ale – co warto podkreślić – dalekie od schematycznych rozwiązań, tak charakterystycznych dla tego gatunku, a przy tym napisane bogatą i jędrną polszczyzną), opowiadają o tym, co dla nich naprawdę ważne – między innymi o sile przyjaźni, o sensie życia, tworzenia, o potrzebie indywidualności, a zarazem umiejętności bycia w grupie. I znów w tle – szkoła i problemy szkolne. Tym razem dziewczynki, która często się przeprowadza, a zatem raz za razem jest nowa w szkole. Czy naprawdę wierzysz, że sukces/niepowodzenie tak bardzo zależy od nastawienia ucznia?

JMCh: Od nastawienia, od myślenia o sobie i świecie zależy bardzo wiele. Wyobrażenie tego, co może cię spotkać, paraliżuje albo uskrzydla. To od nastawienia zależy, jak zinterpretujesz to, co się wydarzy. Czy widzisz tę przysłowiową szklankę w połowie pustą, czy w połowie pełną. Czy niepowodzenie zmobilizuje cię do działania, czy przygniecie. To, co powiem teraz, jest truizmem, bo przecież wiadomo, że nauczyciel ma wpływ na nastawienie ucznia, ale ja mocno doświadczyłam tego wpływu na własnej skórze i dlatego nie mogę o tym nie wspomnieć. W podstawówce byłam uważana za osobę, która ma lekkie pióro i z wypracowań dostawałam same  piątki. W pierwszej klasie liceum z pierwszej pracy pisemnej dostałam trzy plus z komentarzem, że mam chyba raczej zdolności do nauk ścisłych niż humanistycznych.  Podarłam wtedy swoje  wiersze, a dwa „nieprzygotowania”, które można było mieć w semestrze, wykorzystywałam zawsze, gdy trzeba było napisać wypracowanie. Potrzeba było mi wielu lat, żeby na nowo uwierzyć, że potrafię dobrze pisać.

DK: Mam nadzieję, że ta pani nie zniechęciła cię też do czytania. O Nesce (a może o sobie) napisałaś: „Od kiedy tylko odkryła, że za rzędami czarnych znaczków kryją się opowieści, książki stały się jej przyjaciółkami”. A wśród spotykanych przez nią niezwykłych postaci są książniczki (nie księżniczki!) Ana i Bea – strażniczki Książnicy. „Książnica to skarbiec żywych ksiąg”, zaś żywe książki „to książki, które zmieniły czyjeś życie”. Oczywiście, życzę Ci, żeby któraś z Twoich książek stała się dla kogoś tak ważna, by trafić do Książnicy. A czy jakaś książka zmieniła Twoje życie?

JMCh: To, co napisałam o Nesce, mogłabym napisać też o sobie. Nie zliczę, ile książek było w moim życiu. Nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania choćby kilku stron. Ale nie potrafię wymienić tej jednej najważniejszej. Najbardziej żywe są dla mnie książki z dzieciństwa, kiedy to, o czym czytałam, zdawało mi się tak samo (a nawet bardziej) realne niż to, co się wokół mnie działo.  Pamiętam, jak wypróbowywałam wszystkie niebieskie kredki z nadzieją, że kiedyś tak jak Karolci uda mi się znaleźć tę zaczarowaną. Jak marzyłam o tym, żeby zostać żoną indiańskiego wodza (najlepiej Winetou), a gdy nauczyłam się w czwartej klasie robić gobeliny, chciałam sprzedawać je do Cepelii, a pieniądze przesyłać Indianom w rezerwacie.
Jak w poczuciu misji zamazałam długopisem zakończenie „Króla Maciusia na wyspie bezludnej”, bo przecież Maciuś nie mógł umrzeć! Jak ukrywałam się przed mamą z „Quo vadis”  – byłam wtedy w trzeciej, może w czwartej klasie i mama uznała, że to  przez tę książkę stałam się bardziej nerwowa, więc pozwalała mi czytać codziennie tylko po kilka stron, a ja przecież musiałam wiedzieć, co stanie się z Ligią i Winicjuszem! „Pięcioro dzieci i coś”, „Gałka od łóżka”, „Pożyczalscy” , „Mary Poppins”, „Ania z Zielonego Wzgórza”. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać te przyjaciółki mojego dzieciństwa. Pewnie dlatego piszę dla dzieci.

DK: A także dla dorosłych (a w wydanym ostatnio „Karminowym szalu” znów sięgasz do tajemnic dzieciństwa… Przyglądasz się temu dziecku, które wciąż tkwi w nas, choć życie już dorosłe). Pozwól, Asiu,
że na moment zaostrzę jednak swój pazur krytyka (a zarazem przyjaciela książki) i powiem, że spośród twoich książek dopiero „Niebieską niedźwiedzicę” w pełni akceptuję. Wiesz, bo tego nie ukrywam, że nie lubię szaty graficznej i niedoróbek edytorskich żadnej z twoich wcześniejszych książek. Mam nadzieję, że  i Ciebie zachwyciły ilustracje Jony Jung? Mam wrażenie, że „rysowała od serca”, jeśli wolno mi sparafrazować młodego czytelnika.

JMCh: Ilustracje Jony Jung są wspaniałe i stanowią niezwykłe dopełnienie tekstu. Mam wrażenie, że „Niebieska niedźwiedzica” to opowieść na dwa głosy – autorki i ilustratorki. Dopiero te dwa głosy tworzą całość. Zresztą widzę, jak na te ilustracje reagują dzieci. Z jakim napięciem czekają, kiedy na obrazku pojawi się wreszcie główna bohaterka opowieści (Jona Jung długo trzyma czytelników w niepewności), a kiedy wreszcie ją zobaczą, wybuchają śmiechem, bo niebieska niedźwiedzica nie jest jakąś niezwykłą pięknością; jest trochę śmieszna, bardzo sympatyczna i taka… zwyczajna. Widzę wzruszenie dzieci, gdy patrzą na płaczącą Azul albo na niedźwiedzią rodzinę odchodzącą z doliny i ich zachwyt nad hipopotamem w paski czy niebieskim lisem.

DK: Im dłużej myślę o tej książce (a ona każe o sobie myśleć) i o znakomicie oddanych przez Jonę Jung postaciach, tym chętniej wracam do postaci króla i mędrca. Między wierszami zapisałaś swoje przemyślenia na temat władzy… Wierzysz, że władcy sięgną kiedyś po takie okulary, przez które widać prawdziwe życie? Że uwierzą mędrcom?

JMCh: Chciałabym wierzyć… Ale mi tej wiary brakuje…

DK: To przeczytaj własną bajkę, Asiu, ona dodaje sił. Naprawdę. A ja już czekam na „Muszlę”, która ukaże się jesienią, a którą ilustruje inna znakomita ilustratorka Agnieszka Żelewska. Ta książka, podobnie jak „Niedźwiedzica… ” powstaje niespiesznie. Powoli dojrzewają wizerunki bohaterów, redaktor starannie szlifuje tekst, wydawca osobiście pilnuje wszystkiego, nawet druku i oprawy (może w tym właśnie tkwi tajemnica zdobycia trzech głównych nagród podczas  czterech dotychczasowych edycji konkursu „Przecinek i Kropka”?). Kończąc naszą rozmowę, życzę Ci, żebyś już zawsze miała tak wyjątkowo piękne i staranne wydania, jak te w Bajce; dzieciom się to szczególnie należy (bo, jak powiedziałaś, książki z dzieciństwa najmocniej zapadają w pamięć). I proszę, zachowaj radość tworzenia godną wymyślonych przez siebie tęczowców z „Neski i srebrnego talizmanu”.

JMCh: Bardzo dziękuję za życzenia. Oby się spełniły! Dziękuję też Kasi Szantyr-Królikowskiej, która zaryzykowała, wydając książkę nieznanej autorki, i zrobiła to tak pięknie, że docenili to zarówno jurorzy konkursu „Przecinek i Kropka”, jak i rodzice i dzieci głosujący na Najlepszą Książkę Dziecięcą 2012.
Wspomniałaś o tęczowcach i ich radości tworzenia, a ja dodam jeszcze, że obrazy tęczowców miały też niezwykłe właściwości. Zaklęta w nich energia i radość  udzielały się każdemu, kto na nie patrzył. Chciałabym, żeby coś z tego było też w moich książkach…