Najważniejsza jest prawda

poniedziałek
22
Kwiecień 2013

Z Małgorzatą Strzałkowską rozmawia Dorota Koman – Przyjaciel Książki

Małgorzata Strzałkowska

Dorota Koman: Rozmawiamy tuż przed Pani kolejnym wyjazdem do Kazimierza. Walizki już spakowane… w głowie nowa książka. Czy może tylko (aż) pomysł na nią… Co jest takiego w tych dniach w Kazimierzu, że przywozi nam Pani stamtąd kolejne opowieści o Zielonym i jego przyjacielu, który ma na imię Nikt?

Małgorzata Strzałkowska: W Kazimierzu jest cisza, spokój i… Kazimierz, który uwielbiam. Oczywiście wtedy, kiedy nie ma tam tłumów, bo wtedy to zaczarowane miejsce znika jak mydlana bańka. Ale gdy ludzie wyjeżdżają, słychać wielkie „uffff…”. To Kazimierz wzdycha z ulgą, że znowu jest sobą. Dawno temu ludzie wybierali bardzo starannie miejsca, w których mieli zamiar się osiedlać. Podobno najlepsze były te, w których kładły się na odpoczynek owce. Czuję w Kazimierzu bardzo dobrą energię. I to właśnie tu najlepiej „wyłazi” ze mnie wszystko to, z czym chciałabym się pożegnać – nagromadzone w codziennym życiu zmęczenie, smutek, złość, rozpacz, żal. Bez żadnej „autoanalizy”. Po prostu siup! i jestem wolna. A to jest najlepszy stan do pisania.

DK: Ta opowieść o owcy brzmi jak początek opowiadania. Opowiadania o Kazimierzu.
Zastanawia mnie różnorodność Pani twórczości. Rozpoznawalna dzięki rymom i głównie z wierszami kojarzona, jest Pani jednocześnie autorką znakomitych opowiadań. Pamiętam, że pierwsza nasza rozmowa (bardzo ją wtedy przeżyłam) dotyczyła „Plastra czarownicy”. Teraz w moim sercu szczególne miejsce zajmuje „Zielony i Nikt” – księżyc z ilustracji Piotra Fąfrowicza świeci (bo on naprawdę świeci!) w mojej sypialni, z półki z najważniejszymi dla mnie książkami.
Z drugiej strony – pisze Pani dla maleńkich czytelników (od „Bajeczek dla maluszka” po najnowsze twarde książeczki z serii „Zgadywanki dla maluszka”) i dla czytelnika od 4 do 104 – bo pewnie tyle lat mają wielbiciele Zielonego i Leśnych Głupków.
Małgorzata Strzałkowska – raz bawiąca się słowem, raz dydaktyczna (jak w „Radach nie od parady”).
Skąd w Pani ta wielorakość? Z którą Małgorzatą Strzałkowską jest Pani najlepiej?

MS: Ze wszystkimi. Bo wszyscy jesteśmy raz weseli, raz melancholijni, innym razem przemawia przez nas „dydaktyk”. Są jednak takie emocje, z którymi NIGDY nie siadam do pisania. To przede wszystkim złość i lęk. To nie są uczucia, które chciałabym wzbudzać w moich Czytelnikach. Dlatego kiedy mnie coś zezłości albo oburzy – a dzieje się to niestety coraz częściej – muszę odczekać, aż mi minie. Naturalnie w tym „mijaniu mi” jestem sobie w stanie pomóc. Czasami się wściekam, krzyczę, czasami nawet klnę, oczywiście uprzedzając o tym moich najbliższych i mówiąc wyraźnie, pod jakim tytułem się wściekam.
Bardzo lubię spokojny, wyważony ton książek o Zielonym i Nikcie. Przy pisaniu tych opowieści ogarnia mnie spokój i… nie wiem jak to wyrazić – pewnego rodzaju gładkość w środku. Uwielbiam pisać wiersze „łamiące języki”. To jest trudna, ale też rozweselająca praca. A kto z nas nie lubi się śmiać?

DK: Tak, „Zielony i Nikt” to spokój i pewność. Że warto wyjść ze studni, że warto szukać swojej drogi. Ale i warto pomóc wyjść ze studni. Warto towarzyszyć w poszukiwaniu.
Ale chyba nie wyobrażam sobie jednocześnie Pani bez „Leśnych Głupków” i tego absurdalnego humoru. I zabaw językiem. Jest Pani niezwykle kolorowa…
Na szczęście nie tylko w Kazimierzu powstają nowe teksty (bo byłoby ich wtedy stanowczo za mało) – tu, w centrum Warszawy (ale z widokiem na dachy i niebo… a może raczej niebo i dachy) też tworzy Pani nowe światy.
Pamiętam opowieść o wannie, w której nawet w styczniu umie Pani wyobrazić sobie czerwiec i napisać o nim.
Dostrzegam wspólny rys: odprężenie. Spokój. Powiedziała Pani nawet: wolność.
Czy właśnie wolność jest dla Pani najważniejsza?

MS: Najważniejsza jest prawda. To jest wartość absolutna. Dążenie do niej jest naszym największym obowiązkiem, choć czasami jest też ciężarem. Lżej jest uważać, że wszystko jest cudownie. Może i lżej, ale na pewno głupiej. To prawda nas wyzwala i prowadzi do wolności. Kiedy poznamy prawdę, możemy zacząć działać – i działanie oznacza tu także pracę nad sobą. Nikt siedział w studni, o czym doskonale wiedział czytelnik, ale nie sam Nikt. To Zielony mu o tym powiedział. I dopiero wtedy Nikt mógł podjąć decyzję – wyjść ze studni czy nie. Bo już wiedział. Z prawdą można zrobić wiele. Bez prawdy drepczemy w miejscu, jak zwierzę w kieracie. Albo siedzimy w studni jak Nikt.

DK: I właśnie o tym, co najważniejsze, czyli o wartościach, jest Pani najnowsza książka.
Bardzo trudny temat.
Jednak zanim zaczniemy mówić o dniu dzisiejszym i planach, porozmawiajmy o początkach.

Niedawno minęło dwadzieścia pięć lat od Pani literackiego debiutu w „Świerszczyku” (trudno mi uwierzyć). Pamiętam bardzo przejmującą (i prawdziwą!) opowieść Pani o stracie pracy i… postanowieniu, że będzie Pani pisać. Jakby zamknęły się drzwi, a otwarły wrota?
Skąd się wzięła wtedy w Pani taka siła?

MS: Odpowiedź jest prosta: nie wiem. Może stąd, że jedną z moich cech jest upór. Upór to taka osobliwa cecha – trzeba wiedzieć, że się ją ma (i tu właśnie kłania się prawda) i uważać na to, przy czym się upieramy. Chociaż muszę przyznać, że miałam też w sobie pokorę. Postanowiłam, że jeśli to, co piszę, nie znajdzie Czytelników, zacznę robić coś innego. Kusił mnie szczególnie mały sklepik z warzywami… Ela Wasiuczyńska w czasie naszych rzadkich spotkań nieraz mnie pyta: No, a jak tam pietruszka?
I jeszcze jedno. Ja CHCIAŁAM pisać. Pisać, a nie być sławną, znaną, bogatą i nie wiem co tam jeszcze. Samo pisanie było dla mnie najważniejsze, a nie ten dodatkowy, zwodniczy zresztą, blichtr. Mówię o tym, bo uczniowie na spotkaniach autorskich często zadają mi pytanie: Czy pani zawsze chciała być sławna? Tłumaczę im, że po pierwsze wcale nie jestem „sławna”, a po drugie to w ogóle nie o to chodzi. Chociaż nie miałabym nic przeciwko temu, żeby moje książki i moi bohaterowie byli sławni. Może dlatego mi się udało? Robić to, co się kocha, i móc się z tego utrzymać – czy to nie piękne?

DK: I zawsze wiedziała Pani, że będą to książki dla dzieci? I tych dorosłych, którzy zachowali dziecięcą wrażliwość?

MS: Wiedziałam, że dla dzieci. Chociaż niektóre z moich książek czytane są rodzinnie, np. Leśne Głupki i książki z serii łamańców językowych. A „Wiersze do poduchy” mój syn czytał na dobranoc mojej synowej (która notabene jest Węgierką, ale znającą język polski).
Ponad dziesięć lat temu w miesięczniku „Grizzli” wydrukowano moje dwa wiersze i kolaże „dla dorosłych”. Niestety pismo niedługo potem upadło. Zaproponowałam więc podczas rozmowy telefonicznej współpracę jednemu z „kobiecych” miesięczników. Ale uprzejma pani powiedziała, żebym przesłała jej „to” faksem. I to był koniec pisania dla dorosłych, a raczej koniec drukowania. Bo pisuję sobie czasami takie wiersze, ot tak, tylko dla siebie.
Tu muszę jeszcze dodać coś o Leśnych Głupkach. Ja sama jestem takim Leśnym Głupkiem – mówię czasami od rzeczy, śmieję się z byle czego, nie traktuję siebie śmiertelnie poważnie, śmieszą mnie moje – niektóre – pomyłki. Ale gdy dzieje się coś poważnego, lecę na ratunek. I, podobnie jak Leśne Głupki, mam swój system wartości, zgodnie z którym staram się postępować.

DK: Nie porozmawiałyśmy o debiucie. A to z pewnością był ważny moment.

MS: Mój pierwszy utwór, który ukazał się drukiem, to wiersz „Dżdżownica”. Było to w 1987 roku. I stało się ciut przypadkiem. Bardziej z ciekawości niż z chęci zostania „pisarką” wybrałam się do Krajowej Agencji Wydawniczej, która mieściła się na Wilczej róg Poznańskiej, dwa domy ode mnie. (Oj, jestem czasami leniwa… To bywa miłe). Trafiłam do Pani Ireny Landau, która przeczytała przyniesione przeze mnie wiersze i powiedziała: „Zwykle tego nie robię, ale tym razem zrobię”. I zadzwoniła do redakcji „Świerszczyka”, mówiąc że zgłosi się do nich autorka – czyli ja! – z wierszami, na które warto zerknąć. No i z tego zerkania narodziła się współpraca ze „Świerszczykiem”, która trwa do dziś.

DK: Wspomniała Pani przed chwilą o Elżbiecie Wasiuczyńskiej – ilustratorce. Ja zaś wcześniej mówiłam o Piotrze Fąfrowiczu. Leżą przede mną też Pani książki ilustrowane przez Marię Ekier, Ewę Poklewską-Koziełło, przez Beatę Zdębę i Ewę Nawrocką, Kacpra Dudka i Marcina Bruchnalskiego. Goszcząc u Pani, widziałam prace Fąfrowicza i Dudka na ścianach. Jednak „Leśne Głupki” ilustrowała Pani sama („kolaże autorki wyklejane we wtorki”), podobnie jak „Wiersze, że aż strach!”. Były tak bliskie?
Czy zdziwił Panią kiedyś (a może zaskoczył czy zezłościł) wizerunek Pani bohatera stworzony przez ilustratora?

MS: Leśne Głupki ilustruję sama, bo to ja najlepiej wiem, jak one wyglądają. To jest naprawdę piękna chwila, kiedy po wycinaniu, przycinaniu, dłuższym układaniu i przesuwaniu zerka na mnie z kartki Leśny Głupek. Robienie ilustracji jest bardzo miłe. Mimo że technika kolażu jest wyjątkowo pracochłonna i „śmieciarska” i mimo że ręce i oczy pracują intensywnie, to mózg sobie odpoczywa i może błądzić to tu, to tam… „Wiersze, że aż strach!” zilustrowałam sama, bo od początku wiedziałam, że muszą być na czerni. A kilkoro ze znanych mi – i nie tylko – ilustratorów odradzało mi ten pomysł. A jednak się udało! Szef wydawnictwa Media Rodzina, które wydało tę książkę, bardzo ujął mnie stwierdzeniem, że pomysł czarnej książki nie całkiem go przekonywał, ale „Pani była taka przekonana i pełna zapału, że postanowiłem pani zaufać”. Wtedy zrozumiałam, że jedną z cech dobrego wydawcy jest właśnie zaufanie do autora. Ci wydawcy, z którymi współpracuję długo i często, czyli Bajka, Media Rodzina i Czarna Owca mają właśnie tę cechę.
Nie upieram się przy tym, żeby samej robić ilustracje do wszystkich moich książek. W wielu wypadkach wiem, że inni zrobią to lepiej. I nie mylę się. Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby mnie zezłościł widok któregoś z moich bohaterów, wykonany nie moją ręką. Zazwyczaj się nimi zachwycam. Koty Marcina Bruchnalskiego, Piotra Fąfrowicza (aż trzy!), Kacpra Dudka i Piotra Nagina wiszą u mnie na ścianach. Ale wiszą również dwie ilustracje Maurycego Gomulickiego, pochodzące z zamierzchłych czasów „Pentliczka”, no i obrazy Piotra Fąfrowicza, w tym przepiękny kazimierski rynek z księżycem jak bania…

DK: Tak, ten dom jest jak Pani książki. Taki „bardzo Pani”. A wśród tych kotów na ścianach – żyje sobie szczęśliwie i króluje Pani pies…

MS: No, ja nie wiem, czy tak do końca szczęśliwie… Szczęśliwie żyła moja suczka Gana, którą miałam od szczeniaka. To był wesoły, empatyczny, zwariowany, szalony pies bez kompleksów. Odeszła w wieku szesnastu lat. Miesiąc wcześniej objechała ostatni raz cały Kazimierz dorożką. Już nie byłaby w stanie obejść wszystkich swoich ukochanych miejsc… Makary jest zupełnie inny, chociaż to ta sama rasa – sznaucer średni, pieprz z solą. Makary jest ze schroniska w Bydgoszczy. Po jakiejś okropnej traumie – porzucony, przywiązany do drzewa… Ciągle się boi, że ja gdzieś się ulotnię, i kiedy mnie nie widzi, pyta wszystkich z paniką w oczach: „Gdzie jest moja pańcia? Nie widzieliście mojej pańci?”. Poza tym ponad rok temu, w listopadzie, okropny człowiek przejechał go samochodem. Makary miał operowany pysk i dwie tylne łapy. Przez pewien czas nie chodził. Po pierwszej operacji tylnej łapy, kiedy nie mógł w ogóle chodzić, spędziliśmy dwa tygodnie w Kazimierzu, bo tam było nam łatwiej. Makary spoczywał na słońcu, na kocach – na szczęście była cudowna pogoda – odwiedzany przez okoliczne znajome psy. Teraz chodzi, ale z trudem. Często się wywraca, mimo że całą podłogę w mieszkaniu pokryliśmy wykładziną. Nasze piąte piętro bez windy to dla niego prawdziwe wyzwanie! Czy Makary jest szczęśliwy? Ja mam wrażenie, że chociaż bardzo się kochamy i choć minęło już ponad pięć lat, odkąd jesteśmy razem, on jednak tęskni za swoją dawną panią…

DK: On Panią kocha, to widać. I pewnie dlatego nie chce tracić Pani z oczu…
Wymieniła Pani przed chwilą trzech wydawców. Czy oddaje im Pani swoje książki według jakiegoś klucza? Jest Pani osobą bardzo konsekwentną, więc i te kroki są zapewne głęboko przemyślane.

MS: Naprawdę jestem konsekwentna? No cóż, w tym wypadku chyba rzeczywiście…. Dla Media Rodziny powstają głównie „łamańce językowe” – „Wierszyki łamiące języki”, pełne szczrzż „Wiersze, że aż strach!”, „Gimnastyka dla języka – i Polaka, i Anglika”, „Wiersze spod Pszczyny” i „Pejzaż z gżegżółką, czyli językowy zawrót głowy”. Czarna Owca to przede wszystkim seria „Rady nie od parady”, czyli „Rady nie od parady”, „Raj na Ziemi” i „O wartościach”, chociaż nie tylko, bo też „Plaster czarownicy i inne baśnie” oraz dwie książki, będące zabawami w rymy. Najbardziej różnorodne moje książki wydaje Bajka. Ale da się je pogrupować – dwa tomy Leśnych Głupków, czyli „Leśne Głupki” oraz „Leśne Głupki i coś” no i „Zielony i Nikt”, „Zielony, Nikt i gadające drzewo” i … kolejny Zielony. Bajka to również bajki bez szczżźąęó itd, czyli teksty z 23 liter – „Bajki krasnoludka Bajkodłubka” i „Bajki mamy Wrony”, no i dwie serie dla maluszków – „Bajeczki dla maluszka” i „Zgadywanki dla maluszka”. Ale też nie tylko…

DK: Kiedy zastanawiałam się, jak by tu pomóc uczniom z radością uczyć się polskiego, sięgałam i po te opowiadania bez znaków diakrytycznych wydane w Bajce, i po „Upiorną zabawę w rymy”, czyli „Straszną książkę”, która ukazała się w Czarnej Owcy, a i „Wierszyki łamiące języki” kusiły, ale… już tam były. Pani wiersze zmieniają oblicze podręczników!
Ale jest też wielu Pani naśladowców. Czasem trudno odróżnić, gdzie kończy się „szkoła pisania”, a zaczyna plagiat. Nie wścieka to Pani, że Panią kopiują?

MS: Wścieka. A ja nie chcę się teraz wściekać, bo czeka mnie praca. O tym porozmawiajmy kiedy indziej – wtedy, kiedy będę miała przed sobą dwa tygodnie na odreagowanie.

DK: I tu też jest Pani bardzo konsekwentna.
Zatem porozmawiajmy o tym, co bardzo miłe. Widziałam na własne oczy, jak wzruszyła Panią kiedyś Zielona Gąska za książkę „Zielony i Nikt” (szczerze mówiąc, to Pani książki sprowokowały nas, czyli Kapitułę Nagrody, do powołania – obok Srebrnego Kałamarza – Zielonej Gąski). Jakie wrażenie wywarła Nagroda Literacka m.st. Warszawy (i laudacja profesora Grzegorza Leszczyńskiego), którą otrzymały „Leśne Głupki i coś”? Nagrody dodają skrzydeł?

MS: Prawdę mówiąc, nagrody nie dodają mi skrzydeł. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, ja mam skrzydła i bez nagród. Ale nagrody bywają BAAAAAAAAAAAAARDZO miłe. Do takich nagród należy Zielona Gąska. Chyba dlatego, że Gałczyńskiego czytałam z latarką pod kołdrą. Uwielbiam jego poezję, mistrzostwo słowa, sposób spojrzenia na świat, absurdalny humor, ale i piękno, liryzm. Uwielbiam Zieloną Gęś, Hermenegildę Kociubińską no i absurdalną samotną pompę z ulicy Chryzopompa – odkryłam ją, kiedy miałam jedenaście lat, w szóstej klasie, i to było dla mnie objawienie! Mam nadzieję, że wielu bohaterów Gałczyńskiego nie wyparłoby się pokrewieństwa z Leśnymi Głupkami!
Nagroda Miasta Warszawy za „Leśne Głupki i coś”, poparta niebagatelną sumą, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak laudacja profesora Grzegorza Leszczyńskiego! Poważny Profesor poważnie mówiący z katedry o Leśnych Głupkach to był miód na moje serce!!! To zresztą szczególna nagroda, ze względu na niezwykle profesjonalne, niezależne i niezwiązane z żadnym „towarzystwem” jury. Leśne Głupki pękały z dumy, a ja wraz z nimi. Chociaż powiedziały mi na ucho: „No, to chyba już przesada…”.
Niestety oberwało mi się za tę nagrodę. Doszły mnie słuchy, że moje „koleżanki” stwierdziły, że dziwią się, skąd ta nagroda, bo przecież nie umiem rysować ani pisać. Mogłam się tego spodziewać po poprzednich doświadczeniach, a jednak przechorowałam to. W tym wypadku jakoś nie sprawdza się powiedzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Jest jeszcze jedna nagroda, do której czuję szczególną sympatię. To Koziołek Matołek, czyli nagroda im. Kornela Makuszyńskiego, którą otrzymałam z rąk profesor Joanny Papuzińskiej.
Natomiast brak nagród mógłby być bardzo przykry i podcinający skrzydła. Nie wiem, może nawet sprowadziłby mnie na ścieżkę wiodącą do sklepiku z pietruszką. Czyli nagrody są dla mnie potwierdzeniem, że to, co robię, jest wartościowe. A to jest ważne.

DK: Mówiła Pani o Zielnej Gąsce. Gałczyńskiego oczywiście słychać w Pani wierszach – a dla głuchych są jeszcze przypisy… Pisałam o Pani wierszach, o frazie, która świadczy o wielkim oczytaniu i znajomości literatury. Jednak nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Zatem – Gałczyński i…?

MS: Leśmian, Tuwim, Fredro (uwielbiam jego ośmiozgłoskowiec!), ale i Norwid, Słowacki, Mickiewicz („Pan Tadeusz” jest momentami niezwykle dowcipny, jeśli nie czyta się go pod przymusem), oczywiście Brzechwa (szczególnie „Pan Soczewka” i „Pan Kleks”), Wyspiański, Witkacy, Szaniawski (Profesor Tutka i jego fortepian!) Do tego trzeba dodać Grechutę, Demarczyk, Niemena i Wertyńskiego, bo poezja śpiewana to słowo, rym, rytm i cudowna interpretacja.

DK: A jakie książki czytała Pani swojemu synowi, kiedy był mały?

MS: Czytałam Tuwima, Brzechwę, Papuzińską, baśnie Perraulta, Grimmów, Andersena. Tytusa, Romka i Atomka i książki Szklarskiego Michał czytał już sobie sam. Jakoś dziwnym trafem nas oboje ominął w dzieciństwie „Kubuś Puchatek”.
Dla Michała powstały też moje pierwsze wierszyki, jak ten o rdzy samochodowej.
Michał lubił nie tylko czytanie, ale i snucie opowieści o bohaterach i rozmowy wokół książek.

DK: To na dobrą noc, na zakończenie naszej rozmowy, z „Wierszy do poduchy” (spośród wierszy, które dziś czyta swojej żonie) – „Dobranoc, mamusiu, dobranoc, tatusiu” – dobrze?

Dobranoc, tatusiu,
już bledną kolory,
już bledną kłopoty, zmartwienia…
Dobranoc, mamusiu,
już sen z nieba spływa,
już czas się zatopić w marzeniach…
Dobranoc, dobranoc,
już myśli się plączą,
już mrok zabrał kształty i cienie…
Dobranoc, mamusiu,
dobranoc, tatusiu…
Na szóstą zamówcie budzenie!

Jest jeszcze mnóstwo pytań, które chciałabym Pani zadać (a mam nadzieję, że i Czytelnicy chcą usłyszeć jeszcze niejedną odpowiedź). Ponieważ więc sama Pani powiedziała, że kiedy będzie czas na odreagowanie, to porozmawiamy o tych plagiatach (a może i o bardzo ważnych postaciach w Pani życiu, a jeśli tylko Pani zechce odpowiedzieć, to zadam i słynne sztampowe pytanie: „Nad czym Pani teraz pracuje?”). I o tym wszystkim ważnym, co nam umknęło.
Mam nadzieję, że uda nam się znów spotkać w takiej niepospiesznej rozmowie, za którą serdecznie dziękuję.
To była rozmowa w szczególnym dniu, w dniu Pani urodzin, gdy – lubiąc urodziny czy nie – człowiek podsumowuje.
Dziękuję za takie ważne dla mnie spotkanie (rozmowa z Panią zawsze daje mi tyle do myślenia…) – w tak bardzo, bardzo prywatny Pani dzień. I te walizki w drodze do Kazimierza… Pięknych dni, Pani Małgorzato.